III Zjazd Lubatowian

Każdy z nas bez względu na to w jakim czasie i przestrzeni się znajdzie, zawsze wraca do korzeni. Powroty te są bardzo sentymentalne. Okazję do takiej podróży, do miejsca swego urodzenia, dało Towarzystwo Miłośników Lubatowej, organizując III Zjazd Lubatowian. Owo spotkanie miało miejsce w sobotę 14 września 2013 r. w Domu Ludowym w Lubatowej. Zjazd rozpoczęto o godzinie 13.00 mszą świętą w kościele parafialnym w Lubatowej, której przewodniczył ks. dr Janusz Podlaszczak. Podczas spotkania goście mogli nie tylko posłuchać wykładów, prelekcji m.in. prof. Stanisława Jakubczyka, ks. dr Janusza Podlaszczaka, wysłuchać dobrej, ludowej muzyki w wykonaniu zespołu Lubatowianie, rodziny Pernali, obejrzeć występy dzieci i młodzieży ze Szkoły Podstawowej i Gimnazjum w Lubatowej oraz widowiska kabaretu „Zza miedzy”. Mogli przede wszystkim spotkać się ze znajomymi, porozmawiać, powspominać, wrócić myślami do czasów dzieciństwa, do czasów pracy zawodowej. Swą obecnością zaszczycili mieszkańcy Lubatowej oraz Ci, którzy z różnych względów musieli opuścić swą miejscowość i zamieszkać w zupełnie innej części Polski. Aby dowiedzieć się jak widzą z ówczesnej perspektywy dawną Lubatowę, postanowiłyśmy, zapytać o to gości. Naszym pierwszym rozmówcą był prof. Stanisław Jakubczyk wybitny poeta i malarz, który od ponad 80 lat mieszka poza Lubatową.
 

Chciałyśmy się dowiedzieć, jakie ma Pan najlepsze wspomnienia związane z Lubatową z najwcześniejszymi latami młodzieńczymi?
Tych miłych wspomnień znalazłoby się niewiele, sprawił to fakt, że jako młody chłopak wyemigrowałem i całe moje młodzieńcze i dorosłe życie spędziłem poza Lubatową. Ale jednym z nich chociażby byłoby zetknięcie się z najnowszymi wytworami techniki.

Pamięta Pan w jakim wieku opuścił Pan Lubatową?
W 1931, miałem wówczas 15 lat. Miałem brata bliźniaka i rodzice postanowili jednego z nas kształcić, a wiadomo, że jak się ze wsi pochodzi to się idzie na księdza. Ja jakoś nawet jako chłopak takiego entuzjazmu do stanu duchowego nie czułem w przeciwieństwie do brata, dlatego to on poszedł do Gimnazjum do Krosna, a ja zostałem w Lubatowej paść krowy i byłbym nadal je pasł, gdyby nie Ksiądz Łańcucki, który wówczas był proboszczem. To on, widząc moje zdolność rysunkowe wypchnął mnie z Lubatowej.
 

Jak potoczyły się Pana dalsze losy?
Miałem trudne życie, dlatego że wypchnął mnie nie do szkoły, bo na szkołę rodzice nie mieli pieniędzy, które musieli przeznaczać na opłacenie edukacji brata, więc ja musiałem sam sobie radzić. Poszedłem na praktykę do artysty-malarza Władysława Lisowskiego do Sanoka. Malował on obrazy, cerkwie, kościoły. Dodatkowo prowadził firmę malującą cerkwie i kościoły i właśnie w niej tworzyłem pierwsze obrazy. On nie lubił małych obrazków, np. do ikonostasów, bo ich przed wojną dużo się wykonywało. Jemu się tego nie chciało robić. Ja to robiłem bardzo dobrze, więc się tym zajmowałem. Kazimierz Lisowski –jego syn był prawnikiem i zauważył moje duże zdolności i tak raz, na boku powiedział mi : „Słuchaj Stasiu, ja nie powinien tego mówić, ale Ty się u ojca zmarnujesz, tyś powinien się kształcić, zrobić maturę, studia”. Od tego czasu zacząłem się przygotowywać i rzeczywiście maturę zdałem jako ekstern, równocześnie pracując. Następnie dostałem się na Akademię do Krakowa, niestety wojna przerwała moje studia. Zakończyłem je dopiero po wojnie w 1947 roku.
 

Czy w czasie wojny odbywały się tajne nauczania ?
W Lubatowej tak, nawet wielu tu dzisiaj obecnych to uczniowie mojego brata, który uczył języków tj. łacina czy francuski. Ja sam niewiele uczyłem, trochę geografii, polskiego. My jako starsi staraliśmy się przybliżyć nieco treści zawarte w programie szkoły średniej.
 

To co wydarzyło się w Lubatowej miało wpływ na twórczość filmową czy poezje, które Pan tworzy?
To nie jest poezja, to są moje przemyślenia i refleksje. Lubatowa na te rzeczy wpływu nie miała, zapewne z tego względu, że bardzo wcześnie ją opuściłem. Mieli natomiast moi rodzice i proboszcz Łańcucki- na moją mentalność i moją moralność, na postawę życiową.
 

Czy nadal Pan maluje?
Jestem wpół niewidomy, widzę jedynie obrzeża, kolory i ruch, ale nic nie przeczytam. Dzisiaj podczas spotkania, kiedy poprosili mnie o podpisywanie książek, robiłem to z pamięci. Przez tę wadę siatkówki nic się już nie da zrobić, nie będę widział lepiej, a te oczy wiele historii już w życiu widziały.
 

Czy to prawda, że pomimo tej wady jeszcze Pan malował ?
Owszem malowałem, ale ta wada się pogłębia. Beethoven był zupełnie głuchy i komponował różne symfonie i utwory, więc jako malarz, który tak długo żyje, posiadam tę biegłość, iż potrafię malować z pamięci.
 

Pan nagrywał filmy krótkometrażowe?
Nie mogłem sobie pozwolić na długi metraż, zresztą w tej formie najlepiej się wypowiadać, tworzyłem filmy artystyczne, abstrakcyjne. Są one bardzo ciekawe, niestety nie ma możliwości zobaczenia ich, ponieważ istniały tylko w jednym egzemplarzu. Kręciłem je na taśmie 16mm, którą następnie sam wywołałem. Przegranie takiego filmu na dyskietkę sprawia, że traci na jakości i w rezultacie wygląda fatalnie. Aż nieprzyjemnie patrzeć.
Kiedyś był wyświetlany w Iwoniczu - Zdroju fragment filmu pt. "Świat jest piękny", film ten zrobił dość dużo ruchu w całej Europie był pokazywany nawet w Tunezji, zbierając przy tym bardzo dobre recenzje. Niestety w tejże Tunezji zaginął, odzyskałem go dopiero przez Szwajcarię i poprzez pomoc UNESCO.
 

Kolejnymi naszymi rozmówcami byli nauczyciele pochodzący z naszej miejscowości oraz uczący w Lubatowej w latach 1951-1980


Chciałyśmy zapytać Państwa o najlepsze wspomnienia związane z latami spędzonymi w Lubatowej.
Jan Stanisz: Ja Lubatową wspominam bardzo mile, tutaj się urodziłem, miałem krewnych, dużo braci i sióstr, często do nich wracam myślami. Obecnie mieszkam w Iwoniczu-Zdroju, tam pracowałem jako nauczyciel przez ponad 23 lata, a wszystkich lat pracy zawodowej mam 38. Obecnie jestem na emeryturze. Często myślę o młodzieży, która gdy mnie spotyka kłania się i wspominam jak z każdym rocznikiem uczniowie odchodząc ronili łzy, nie tylko oni, bo nauczyciele również. Wtedy było widać tę przyjaźń z uczniami.
Stanisław Stanisz: Wydaje mi się, że są to te codzienne zabawy z rówieśnikami, to był czas bezpośrednio po wojnie. Urodziłem się w czasie wojny, w 1955 roku ukończyłem Szkołę Podstawową, po niej rozpocząłem naukę w szkole średniej i zamieszkałem w internacie, następnie studnia i pobyt w akademiku. Z tego względu w te strony wracałem tylko na wakacje, a potem już do pracy. Praktycznie cały czas uczyłem matematyki z tym, że w latach 1990-95 byłem Kuratorem Oświaty w Rzeszowie.

Jaka jest z kolei Pani historia?
Teresa Stanisz: Ja w odróżnieniu od panów urodziłam się w Rogach. Zamiast odpowiadać dokładnie na pytanie, co jest raczej niemożliwe, jako że dzieciństwo spędziłam gdzie indziej, opowiem o tym co było, co pozostawiło w mojej pamięci najsilniejsze wrażenie, o momencie, kiedy rozpoczynałam tutaj pracę zawodową jako nauczyciel. Chętnie przytoczę Wam fragmenty wspomnień:
To już ponad pól wieku minęło od chwili, gdy jako wędrowny ptak osiadłam na kilka lat w szczerze gościnnej dla mnie Lubatowej. Pierwsza praca zawodowa w zawodzie wymarzonym, z którego musiałam jednak po kilku latach zrezygnować z racji choroby zawodowej. Pierwsze wychowawstwo od pierwszej klasy poczynając, po raz pierwszy usłyszane pełne ciepła, zaufania i dumy określenia "nasza pani", a potem pierwsze spotkania z zasłuchanymi, życzliwymi, choć zupełnie mi nieznanymi rodzicami, wśród nich byli niektórzy nieufni, ale na to trzeba było chwilę poczekać,, potem pierwsze próby sił na polu dyscypliny, zakończone po kilku tygodniach nadzwyczaj szczerą rozmową z grupą szóstoklasistów, do dzisiaj pamiętam imię dziewczynki, która mnie przekazała pewną informację.
... otóż jedna z uczennic mówi mi tak:
"proszę Pani my próbujemy wszystkich nauczycieli, którzy do nas przychodzą"
„co znaczy próbujecie?”
„to znaczy chcemy się przekonać czy należy ich słuchać czy nie”

Przyznaję, że chociaż byłam doskonała w wykładzie kształcenia nauczycieli (w tym samym, w którym był także mój mąż) ze względu, że Licea Pedagogiczne nie miały konkurencji, jeżeli chodzi o zakłady kształcenia nauczycieli (zwłaszcza krośnieńskie), lecz wówczas nawet w takim zakładzie nie mówiło się o takich bezpośrednich relacjach nauczyciel - uczeń.
Zaskoczona całkowicie taką szczerością wypowiedzi czekałam na wynik odpowiedzi uczniów i nie kryję, że ze skrywaną satysfakcją usłyszała : "już wiemy że pani trzeba słuchać",
To był dobry wstęp do mojej pracy, ale nie na tym koniec pierwszych doświadczeń, trzeba się było wpisać w grono pedagogiczne, liczne wtedy.

... dzisiaj połowa tego grona usiadła razem z nami do stołu, co było dla niezwykle wzruszającym spotkaniem.
grono było zżyte, zakotwiczone, w szkole i w środowisku, to też wymagało sztuki, trzeba było wreszcie zorganizować sobie zupełne samodzielne życie we wszystkich jego aspektach.
Proszę sobie wyobrazić, że po 14 latach pobytu w domu, po 5 latach przebytych w internacie trzeba było samemu o wszystkim decydować w zupełnie obcym środowisku. Ta odpowiedzialność, która na mnie spadła i nowe wymagania nie przytłoczyły mnie zupełnie, chociaż nie miałam wówczas 19 lat skończonych. Zawdzięczam to wychowaniu rodzinnemu, szkolnemu i życzliwości tego grona i środowiska lubatowskiego, które mnie przyjęło bardzo życzliwie. Każdy dzień przynosił poszerzenie obowiązków, coraz nowych, a że byliśmy przygotowani do działania o charakterze społecznym, więc bardzo szybko te obowiązki rozrastały się i przekraczały granice pracy pedagogicznej.
Pozwalało nam to pozyskać otoczenie dla siebie, tym się podbijało serca mieszkańców, którzy byli szczerzy, życzliwi, którzy szanowali nauczycieli, ale traktowali ich jak ludzi, od których należy więcej wymagać, bo oni są przygotowani do tego, bo maja wiedzę, zdolności organizacyjne i względem tego jak uczyli, nikt nie dyskutował czy ten pan, czy pani jest przygotowana merytorycznie do pracy, czy umie historię, czy nie umie historii, ale dyskutowano jak uczy i jak traktuje nasze dzieci i czy potrafi nauczyć.
Nie kryję, że fakt bliższych związków ze społecznością wiejską poprzez różnorodny udział w życiu społecznym tego środowiska bardzo wpłynął na pozycję nauczyciela. Te lata zapisały się jako lata, po pierwsze lata młodości, więc musiały się zapiać pięknie, a po drugie z racji tego pewnego doświadczenia, z racji akceptacji środowiska zapisały się w mojej pamięci szczególnie i rzutowały w wielu momentach życia na moją postawę duchową, intelektualną i sytuację rodzinną, jako że związałam się z rodakiem z tej wsi.
Wspominając w pierwszej części spotkania nawiązałam do tego, że po dzień dzisiejszy mam w pamięci jak w kalejdoskopie twarze uczniów z tamtych czasów. Dzisiaj nie jeden z nich przyszedł i trudno mi było skojarzyć dzisiejszą twarz z ówczesną, gdyby była ówczesna potrafiłabym nawet teraz z imienia i nazwiska wielokrotnie wskazać. Wracam, odtwarzam te twarze, różnorodne wydarzenia i przede wszystkim przypominam sobie pełne ufności dziecięce spojrzenia i chciałbym żeby i Ci moi uczniowie (co byli na spotkaniu i Ci którzy żyją) wiedzieli, że wtedy byli przedmiotem mojej ogromnej troski, radości i dumy. Dziękuję .
Stanisław Stanisz: Ja zacząłem pracować wtedy, kiedy wyraźnie brakowało w szkołach ludzi w zawodzie nauczyciela. Nie miałem wówczas jeszcze wykształcenia, matury zdanej, a już poszedłem do pracy potem uzupełniłem studia. To był świadomy i dobrowolny wybór, z miłości, powołania.
Jan Stanisz: Ja dodam jeszcze, odnośnie Liceum Pedagogicznego, o tego typu szkole szczególnie o krośnieńskiej się bardzo dobrze mówiło, dlatego że ta szkoła przygotowywała pod każdym względem do pracy, przed wszystkim pełniliśmy dyżury, dzwonek dzwonił, wstawaliśmy, szliśmy dyżurować do szkoły ćwiczeń. Tam pomagaliśmy, ucząc się zawodu w praktyce. Ja zdawałem maturę jako przedostatni rocznik w liceum krośnieńskim, po mnie jeszcze jeden rocznik zdawał. Nauczyciele wspominali, że ta szkoła przygotowywała dobrze do zawodu.
Studium nauczycielskie już tak nie przygotowywało, bo studium ukierunkowywało na nauczenie jednego przedmiotu czyli było nastawione na specjalizacje, natomiast my w liceum pedagogicznym przygotowywaliśmy się do nauczania, mieliśmy przedmiot metodyka języka polskiego, matematyki, wybranego przedmiotu np. fizyka lub historia, metodyka wychowania fizycznego, ale to było bardzo potrzebne dlatego, że napisanie konspektu do wychowania fizycznego było bardzo trudną sprawą, o wiele trudniejszą niż napisanie konspektu do języka. polskiego, tam należało napisać cele np. należało podać sprawność, która miała być osiągnięta w trakcie ćwiczeń dwu-trzy miesięcznych, plastyki, śpiewu, stąd my, przychodząc do szkoły mogliśmy się chwytać nauczania każdego przedmiotu, oczywiście w trakcie pracy bardzo szybko się zorientowałam, że trzeba więcej wiedzy merytorycznej, a przygotowani jesteśmy bardziej dydaktycznie. Kolejne uruchomione potem studia nauczycielskie one tę potrzebę realizowały, ale zawężały przygotowanie nauczyciela do jednego przedmiotu .

Jakiego przedmiotu natomiast Pani uczyła?
Irena Stanisz: Najpierw dostałam pierwszą klasę i doprowadziłam ją do trzeciej. Następnie uczyłam biologii bez najmniejszego powołania przez jeden rok, później już języka polskiego. Podjęłam studia z zakresu filologii polskiej. Prowadziłam także bibliotekę, a z orkiestrą Pana Jana Pernala obstawialiśmy razem akademie szkolne, ja ze skrzypcami, on z orkiestrą.
Mieliśmy grę na instrumentach, byliśmy przygotowani do tego, żeby nauczyć pieśni dzieci w szkole i stąd należało m.in. poznać nuty.
 

Na koniec, tuż przed wyjazdem, o swojej karierze opowiedziała nam kolejna uczestniczka Zjazdu.
Danuta Płatek: Urodziłam się w Lubatowej 17 grudnia 1939 r. na Zimówce, chodziłam tu do Szkoły Podstawowej, po jej skończeniu miałam iść do technikum skórzanego do Miejsca Piastowego, ale siostra moja starsza była już w liceum, a to był czas powojenny, więc tato wracając z pracy 31 sierpnia powiedział mi:
… nie idziesz do szkoły tylko idziesz do praktyki zawodowej, do zakładu fryzjerskiego dlatego, że nie stać mnie aby was obie kształcić…
Rano po przepłakanej nocy, bo mi żal było, gdyż miałam swoje plany, poszłam razem z ojcem do mojego pryncypała, tak się wtedy mówiło, pana Płatka, u którego odbyłam praktykę. Jako dziecko 15 i pół letnie zrobiłam prawo jazdy na motor. Rodzice chcieli, żeby drugim dzieckiem był chłopak, urodziłam się jednak z takimi zapędami, trochę podobnymi do mężczyzny, do dzisiaj dobrze sobie radzę z takimi rzeczami, takimi pracami w domu. Później wyjechałam z domu do Krakowa i Pan Jakubczyk bardzo pomógł mi, bo mogłam u nich zamieszkać na trzy miesiące, a w tym czasie sobie szukałam pracy, mieszkania, zdobyłam dyplom czeladniczy, miałam wtedy prawie 15,5 lat i wzięłam życie swoje ręce, 15 i pół !!! Ile razy zjadłam bułkę i łzami popiłam to ja wiem tylko. Bardzo tęskniłam za rodziną, nie miałam nikogo przy sobie, żona pana Jakubczyka była tam po trosze moją matką bo dali mi u siebie możliwość przemieszkania. Później zaczęły się schodki zawodowe, aż doszłam do mistrza dyplomowanego, instruktora międzynarodowego. Byłam na konkursie w Paryżu, w Disendorfie, mam piękne wspomnienia z tych czasów. W dniu 18 maja w 97 urodziny Pana Jakubczyka miałam swoją fryzjerską wystawę w biurze sztuki wizualnej, pierwszą w Polsce. Na wystawie znalazłam się wśród trzydziestu, autorów, fotografów. Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Jestem osobą spełnioną zawodowo, szczęśliwą, że stąd pochodzę, mam dobre korzenie, stąd wyniosłam piękne wartości i całymi haustami czerpałam to, co było najpiękniejsze i najlepsze dla człowieka. Życzę dużo, dużo zdrowia, dużo, dużo pomysłów na życie, kochajcie, szanujcie te osoby, które dały wam życie. Proszę. To powinna być dla wszystkich taka domena. Tak jak są trzy osoby Boskie, tak w człowieku jest rozum, sumienia i serce i kiedy one współpracują z sobą, jest wszystko dobrze.
Dziękujemy Państwu bardzo za szczere, pełne ciepła wypowiedzi. Cieszymy się, że mimo upływu lat, tak serdecznie wypowiadają się Państwo o Lubatowej. Z drugiej strony nic dziwnego, gdyż o tak pięknej miejscowości trudno jest zapomnieć, a w dodatku, jeżeli wiążą się z Lubatową tak miłe wspomnienia związane ze znajomymi, z rodziną, przyjaciółmi. Jak widać każdemu z Państwa pozostało w pamięci zupełnie coś innego. Dlatego cieszymy się, że III Zjazd Lubatowian był tym miłym pretekstem do powtórnego odwiedzenia rodzinnej miejscowości. Z tego miejsca dziękujemy Towarzystwu Miłośnikom Lubatowej, a w szczególności prezesowi Stanisławowi Zającowi, za zorganizowanie imprezy i zaproszeniu tylu wspaniałych gości. Na koniec przywołamy słowa pana Jana Borka „Do zobaczenia na IV Zjeździe Lubatowian”.

 

 

Tekst
Anna Pernal
Jadwiga Borek
Paulina Turek

Ozio Gallery made with ❤ by joomla.it